Ks. Stanisław Tworkowski – Maria

 

Było mi tak zimno, że zdecydowałem się zapukać do drzwi nieznajomych ludzi i poprosić o jakąś cieplejszą odzież. Lekko ubrany, po ostatnich niedomaganiach obawiałem się nawrotu choroby. Trudno zaś leżeć w łóżku, gdy wkoło rozbrzmiewa kanonada tygrysów, a chłopcy zdobywają drapacz na placu Napoleona.

- Królewska to ważny odcinek frontu, pierwsza linia - informował nas młody człowiek w oficerkach i ciemnozielonym płaszczu.

Pomyślałem, że niedługo już będzie tu gorąco, ale dreszcze zmuszały mnie do skorzystania z pomocy bliźnich.

Na powtórne zapukania otwarto drzwi. Wszedłem, zamykając je pospiesznie: obowiązywało zaciemnienie. W mieszkaniu stała wysoka, młoda kobieta i spoglądała na mnie z życzliwym uśmiechem. Wizyta o tej porze nie zdziwiła jej; na podwórku było mnóstwo przygodnie zebranych ludzi, których, podobnie jak mnie, powstanie zastało na ulicy.

- Czy ksiądz szuka noclegu? - zapytała.

W owe dni ludzie byli sobie przyjaźni i uczynni. Wspólna walka i wspólna niedola otwierały serca.

- Nie, dziękuję... Prosiłbym natomiast, tylko niech się pani nie zdziwi, o pożyczenie jakiegoś starego, niepotrzebnego swetra, czy czegoś w tym rodzaju... W sutannie jest mi trochę chłodno. Zwrócę jutro, najdalej pojutrze.

- Ależ chętnie! Jest mi przyjemnie, że mogę w czymkolwiek pomóc. Niech ksiądz spocznie.

Wyszła do sąsiedniego pokoju. Siadłem przy stoliku. Wzrok mój zatrzymał się na fotografii młodego mężczyzny w mundurze, o zadzierżystym, żołnierskim wyglądzie. Nieznajoma wróciła po chwili z zielonym sweterkiem w ręku.

- Proszę księdza, nie wiem, czy nie będzie ciasny. Robiłam go na inną miarę, ale ksiądz jest również szczupły.

Przymierzyłem.

- Dziękuję. Świetny, jakby na mnie. Zwrócę go wkrótce, zachowując wdzięczność do śmierci.

- Niech ksiądz tak nie mówi... Nie trzeba wspominać śmierci, jest blisko nas. Zresztą, taki drobiazg...

- Nie, to nie drobiazg. Mogłaby pani przecież odmówić lub zbyć mnie czymkolwiek. Ludziom się dziś nie przelewa. Pani ma jednak serce, a to wielka rzecz.

- Ksiądz jest poetą - uśmiechnęła się - i zna zapewne piosenkę o „Sercu w plecaku"?

- Tak. Ułożę drugą - odpowiedziałem - będzie się nazywała „Serce w sweterku"... A gdybym nie mógł go zwrócić, oddam komuś, kto będzie potrzebował ciepła, jak ja w tej chwili.

Nieznajoma spojrzała na mnie z uwagą.

- Ludzie potrzebują ciepła i serca, ale serce, proszę księdza, to miłość, a miłość to cierpienie i ból.

Silny huk zatrząsł kamienicą. Zaraz potem rozległo się gwałtowne ujadanie cekaemów. Po chwili strzelanina ustała.

- Do widzenia! Chciałbym tylko znać pani nazwisko, abym wiedział, komu oddać sweter.

- Niech się ksiądz nie przejmuje. Nie warto. Jest mi na imię Maria. Nazwiska i tak ksiądz nie zapamięta... Proszę zatrzymać się u nas. Przygotuję coś do zjedzenia. Na pewno ksiądz głodny. Sama od rana nic nie jadłam. Czekam na matkę, która pojechała na plac Narutowicza do brata... Miałam również zobaczyć się z narzeczonym. Tymczasem - powstanie. Jestem bardzo niespokojna.

Ale ja myślałem o akcji i kolegach.

- Jeszcze raz dziękuję. Niedługo zwrócę z procentem, a pani niech się nie martwi. Na tym świecie wszystko ma kres, wojna, miłość i ból. Pozostanie tylko Bóg. Niech On ma panią i jej sprawy w opiece.

W jej oczach pojawiły się łzy.

- Bardzo księdza proszę o modlitwę, aby Bóg strzegł mojej matki i ...jego.

* * *

Było to, o ile pamiętam, już po zdobyciu PASTY [1]. Radość chłopców była nie do opisania. Rzeczywiście, w pobliżu tego gmachu, górującego nad całym Śródmieściem, trudno się było poruszać. Teraz łopocząca na jego szczycie biało-czerwona flaga, którą artyleria niemiecka usiłowała zestrzelić, pokrzepiała walczących.

Ale sytuacja była poważna. Pomoc zza Wisły, na którą wielu liczyło, nie nadchodziła. Kanonada, dochodząca od strony Wołomina, w pierwszych dniach sierpnia, oddalała się i cichła. Na Pradze, którą obserwowaliśmy z czternastego piętra Prudentialu, nie widać było żadnych ruchów powstańczych. Dowódca tego obwodu, płk ,,Bober" (Andrzej Źórowski), po trzech dniach walki postanowił przerwać akcję i zejść z powrotem do podziemia.

Andrzej był moim kolegą z harcerstwa i z I Korpusu Dowbora. Brał udział w słynnym marszu z Jelni do Bobrujska. Miałem wówczas nad nim zdecydowaną przewagę: liczył wtedy lat czternaście, ja zaś byłem o trzy lata starszy i o pięć centymetrów wyższy. Andrzej, drobny i niskiego wzrostu w szeregu usiłował stać na palcach, aby mieć głowę wyżej niż lufa jego karabinu. W roku 1939 wojo¬wał na wschodniej granicy. Był to piękny typ Polaka, oficera dbałego o żołnierzy, rozważnego w do-wodzeniu i odważnego w boju... Wspominałem i innych kolegów: Mieczysława Szyszkę, również harcerza z dawnych lat. Był on ciężko ranny w 1920 roku pod Radzyminem; teraz walczył na Pradze. Józia Brejskiego: ten za obronę Warszawy dostał od generała Rómla Krzyż Walecznych. Brejski miał pseudonim ,,Śmiały", pasujący do jego żywej, impulsywnej natury. Jego córeczki — Melania, używająca tatusiowego pseudonimu „Śmiała" i Marysia, „Malutka" - w tornistrach roznosiły granaty do powstańczych melin na placu Szembeka i przy ulicy Żółkiewskiego. Oczywiście Brejski ubezpieczał dzieci idąc za nimi w pewnej odległości. Ufał on św. Barbarze, patronce podziemia, ale liczył i na swego visa. Dziewczynki, przechodząc obok posterunków żandarmerii, uśmiechały się niewinnie. Niejeden esesman, patrząc na maleństwa, myślał o swoich „Kindern" i machał łapą w ich stronę na znak przyjaźni. Myślałem o Helenie Dutkowskiej, w domu której zbierało się akowskie bractwo, jej chłopcach, o żołnierzach Szarych Szeregów: „Zawadzie" (Ladziku), „Zającu" (Suwalskim) i wielu innych. Co się z nimi dzieje, gdzie walczą?

Ale nie było czasu na rozmyślania. Coraz bardziej przytłaczał nas ogrom klęski. Wola padła; na Starówce działy się rzeczy straszne; z Królewskiej zostały tylko gruzy zaciekle atakowane przez Niemców i z największą zaciętością bronione przez naszych.

Któregoś dnia Stukasy uwzięły się na plac Grzybowski. Płonąca wieża kościoła Wszystkich Świętych jak gromnica jaśniała nad konającym miastem. Usiłował ratować ją dzielny ksiądz kanonik Gorczyca. Śmiertelnie poparzonemu udzielałem później, w lochach szpitala na Skarpie, ostatnich Sakramentów. Pamiętam, że w czasie tego nalotu, dużo ludzi zostało zasypanych. Trudno im było pomóc: bombowce i gęsty obstrzał uniemożliwiały ratunek. Dopiero wieczorem zaczęto ich odkopywać.

W gmachu PKO, gdzie mieścił się szpital pełniłem obowiązki kapelana razem z ks. „Janem". Kiedyś w czasie nalotu bomba trafiła w szyb dźwigowy i spadłszy, wybuchła w najniższych kondygnacjach podziemia. Zginęło wówczas kilka osób. Byłoby ich znacznie więcej, gdyby nie zdecydowana postawa ks. Jana [2].

Koło północy tego dnia zbliżyłem się do ostatnich noszy. Leżała na nich kobieta niedawno wy-dobyta z gruzów. Śmiertelnie blada, z zamkniętymi oczyma, wyglądała na umarłą.

- Proszę pani, tu ksiądz kapelan.

Kobieta poruszyła się, odetchnęła z trudem i otworzyła oczy.

- Ksiądz kapelan, dobrze... O mój Boże, duszę się, powietrza! Jej szara od kurzu suknia była zbroczona krwią.

- Zaraz pani pomożemy - powiedziałem Mijając ostrożnie leżące na podłodze ciała rannych dobrnąłem do doktor „Haliny" [3]. Mężna ta i ofiarna kobieta przed kilku dniami straciła jedynego brata, słynnego „Kubę" [4] Okolskiego, który poległ w pobliżu Powązek. Zrozpaczona, pracowała bez wytchnienia, aby zagłuszyć ból. Wiedziała już o rannej i w tej chwili z doktor Dembowską [5] omawiała sprawę transfuzji. Nieznajoma miała uszkodzoną tętnicę i pozostając długo bez ratunku wykrwawiłaby się niemal do ostateczności.

W tej chwili wezwano mnie na drugi koniec piwnicy, gdzie umierał chłopiec z przestrzelonymi płucami. Kiedy wróciłem, doktor „Halina" przetaczała krew. Obok noszy, na posadzce, leżała młoda dziewczyna w panterce z podwiniętym wysoko rękawem. Jej obnażone ramię przylegało do ramienia chorej. Dzieliła się z nią własnym życiem. Daremnie jednak. Twarz rannej stawała się coraz bledsza.

- Nic z tego - szepnęła doktor, przerywając zabieg.

Zostałem przy rannej, która po pewnym czasie otworzyła oczy, popatrzyła na mnie i wyszeptała:

- Niech ksiądz mnie wyspowiada.

Ukląkłem u jej wezgłowia.

Opowiedziała mi smutne dzieje swego życia. Jej tragedią była nieszczęśliwa miłość. Pokochała człowieka o trudnym charakterze. Była katoliczką, chciała go nawrócić i podźwignąć. Bezskuteczność tych usiłowań stanowiła źródło jej cierpień.

- Teraz kończy się wszystko - mówiła.

Umierającej coraz bardziej brakowało tchu. Nachyliłem się nad nią, aby zrozumieć słowa, których treścią było cierpienie. Jej szept przerywały jęki, wołania o ratunek, modlitwy i narzekania ludzi leżących pokotem w zaduchu i ciemnościach podziemnego szpitala, który, być może, za chwilę, stanie się naszym wspólnym grobem. Wierzyłem jednak, że losy nasze zależą od innej siły, wobec której niczym są wybuchy bomb i pocisków. Myślałem jednocześnie, że nikt nam nie pomoże: ani Londyn, ani kanadyjskie zrzuty; ginących może ocalić jedynie On, sam Ginący... Chrystus. Mówiłem rannej, że jest blisko Boga, bo z Jego Synem wstępuje teraz na szczyt Golgoty. Jednocześnie budziłem w niej nadzieję, że Bóg nie opuści człowieka, którego kochała. Jej ofiara, być może, jest konieczna dla jego zbawienia. Różnymi drogami wędruje łaska. Gdy dusząc się chwyciła mnie za rękę i szepnęła: - "Boję się"

- powiedziałem jej, że Chrystus jest życiem i kto w Niego wierzy, tego On wskrzesi w ostatni dzień.

- Miłość - powtarzałem słowa Zbawiciela - przysłania mnóstwo grzechów. Maria została zbawiona, „albowiem wiele umiłowała". Ból miłości, to najwyższy procent od sumy życia.

Umierająca otworzyła oczy. Na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.

- Procent - szepnęła. - Wypłaca mi go ksiądz w tej chwili za mój sweterek... Czy chociaż przydał się księdzu?

- Pani Maria! Patrzyłem na nią zdumiony. Zmieniła się nie do poznania.

- Dziękuję księdzu za tak wielki procent, za słowa nadziei, za kapłańskie rozgrzeszenie. Jestem już zupełnie spokojna.

Otworzyła usta z wysiłkiem chwytając powietrze.

- Siostro Emilko [6] - zawołałem. - Proszę sprowadzić panią doktor.

- Nie trzeba... Jeszcze raz dziękuję za wszystko. Niech się ksiądz nachyli. Ciało jej nakryte szarym kocem drżało w agonii.

- Jak księdzu na imię?

- Stanisław.

- Stanisław... powtórzyła jak echo. Ze zdumieniem spoglądałem na nagłą zmianę w jej twarzy. Blada, wykrzywiona cierpieniem, stała się pogodna, spokojna i piękna. Policzki nabrały rumieńców. Oczy jaśniały blaskiem. Szeroko otwarte, zdawały się wpatrywać w jakąś zachwycającą, nieziemską zjawę. Uśmiechnięte usta coś szeptały. Nachyliłem się. A ona powoli podniosła rękę i delikatnie położyła ją na moim ramieniu.

- Stach! Mój Boże!

Następnego wieczoru z pomocą lżej rannych zaniosłem jej zwłoki owinięte w prześcieradło na cmentarz, który założyłem na chodniku po prawej stronie Świętokrzyskiej. Złożyliśmy ciało w dole wykopanym przez jeńców. Obok niej spoczęło kilku żołnierzy. Własnoręcznie zbiłem krzyż i napisałem na nim: M a r i a.

* * *

I znów wlokły się dni wypełnione walką, nabrzmiałe rozpaczą, gaszone tchnieniem śmierci. Ksiądz „Biblia" coraz dłużej w godzinach nocnych leżał przed Sanctissimum w powstańczej kapliczce PKO.

Padła Starówka. Śródmieście stało się teraz obiektem nieustannych nalotów i bombardowań. Mimo to ściągały do nas resztki rozbitych i mocno wykrwawionych ugrupowań z innych dzielnic.

Któregoś wieczoru kończyłem z rannymi modlitwy, kiedy powiedziano mi, że jakiś żołnierz chce się ze mną koniecznie zobaczyć. Wyszedłem na podwórko. Od płonących domów widno było jak w dzień. Od czasu do czasu zapadały się piętra, a snopy iskier strzelały wysoko w górę. Do moich uszu dochodził szum i trzask pożogi. Poza tym było cicho. Umilkły nawet strzały karabinów.

Przede mną stał mężczyzna z powstańczą opaską na ramieniu. Ubranie na nim było zniszczone i cuchnęło kanałami. Jego twarz, wychudła i od dłuższego czasu nie golona, miała w sobie coś odrażającego. Oczy zapadnięte, podkreślone ciemnymi obwódkami wyrażały śmiertelne znużenie i niepokój.

- Czy ksiądz kapelan „Jacek"? - zapytał.

- Czym mogę służyć? Najpierw dam może panu cokolwiek zjeść lub napić się.

- Niech ksiądz kapelan nie robi sobie kłopotu. Mam bardzo ważną, dla mnie oczywiście, sprawę.

Zauważyłem, że nieznajomy ma gorączkę i mimo wysiłków nie może opanować wstrząsających nim dreszczy. Wziąłem go pod rękę.

- Ja tu rozkazuję! Proszę chwilę poczekać.

Usiadł posłusznie na starej skrzyni stojącej obok włazu. Przyniosłem gorącą herbatę, do której wlałem trochę wina.

Drżącymi rękami podniósł kubek do ust i chciwie pił aż do dna.

- Dziękuję! Co za wspaniały napój! Dawno takiego nie piłem. Teraz będę miał siłę do rozmowy.

- Słucham!

- Czy ksiądz kapelan nie spotkał wśród swoich rannych kobiety słusznego wzrostu, ciemnej blondynki o regularnych rysach i miłej twarzy?

Poczułem szybkie uderzenie serca.

- Może miała na imię Maria?

Oczy nieznajomego nagle zmieniły się. Ujrzałem w nich przerażenie.

- Więc ksiądz wie coś o Marii?

- Tak, panie Stachu.

- To ksiądz zna i moje imię?

- Znam... Stach i Maria.

- Chryste ukrzyżowany! Gdzie jest Maria? Żyje? Chwycił mnie za ramię. Jego twarz wyrażała rozpacz. Milczałem.

Nagle wstrząsnął nim szloch. Właściwie był to jakiś przedziwny jęk, rzężenie czy skowyt, mało przypominający głos ludzki.

Czekałem, aż przeminie paroksyzm bólu. Po kilku minutach uspokoił się i tylko łzy spływały po jego wynędzniałych policzkach.

- Jest pan żołnierzem. Trzeba się opanować - mówiłem. - Marii jest dobrze. W każdym razie nieskończenie lepiej niż nam.

- Ksiądz wie, że to ja ją zabiłem?

- Wiem, że została ugodzona odłamkiem bomby, gdy usiłowała ratować przysypanych w piwnicy rannych. Poległa śmiercią żołnierza, choć zdaje mi się, nie należała do żadnego zgrupowania.

- Tak, ale ja zabijałem ją moralnie. Maria kochała mnie. Mieliśmy się pobrać, lecz ja nie zasługi-wałem na jej miłość. Byłem łotrem i egoistą... Poza tym piłem. Maria męczyła się, nie chciała ze mną zerwać. Pragnęła, abym stał się człowiekiem. Żeby ksiądz wiedział, jaka to była mądra i dobra kobieta. Bóg mnie za to skarał, że byłem bluźniercą i nie umiałem nikogo kochać prócz siebie. Bóg ukarał mnie, a ona przeklęła, bo na nic więcej nie zasłużyłem.

Blask pożaru pełzał po jego umęczonej twarzy.

- Ksiądz ją spowiadał?

- Tak.

- Boże, co za straszliwa tajemnica. Ksiądz wie wszystko, ale musi milczeć.

- Spowiedź jest tajemnicą. Zastrzegł ją sobie Ten, który ma wyłączne prawo do naszych sekretów. Ale miłości nie trzeba ukrywać.

- Więc może mi ksiądz powiedzieć coś o Marii?

- Nie tylko mogę, ale powinienem. Niech pan idzie za mną.

Szliśmy wzdłuż obszernego podwórza gmachów PKO. Właściwie była to nawierzchnia dawnego skarbca; mieścił się w nim w tej chwili główny szpital Śródmieścia. Minęliśmy wartę - czternastoletniego chłopca z granatem zatkniętym za pas. Jezdnia Świętokrzyskiej po ostatnim nalocie była zorana wybuchami bomb, ale mój cmentarz tym razem był nietknięty.

- Tu spoczywa Maria - rzekłem wskazując krzyżyk. - Pamiętam o niej codziennie. Uspokój się, mój bracie.

Ale on upadł na kolana i objąwszy ramionami krzyż, płakał jak dziecko.

Milczałem wsłuchany w ciszę, którą zakłócał jedynie szum ognia. Miasto wyglądało upiornie. Na tle płomieni rysowały się czarne kontury wypalonych domów. Jakaś nieubłagana siła, gniew Boży, czy szaleństwo człowieka, wykonywały swój nieodwołalny plan zagłady.

- Niech pan posłucha, co powiem o Marii.

Podniósł na mnie zapadłe, przekrwione oczy. Nie było już w nich rozpaczy. „Krzyż łagodzi, a łzy obmywają" - pomyślałem.

- Maria kochała pana całym sercem i duszą. Gdy udzieliłem jej rozgrzeszenia, zapytała mnie 0 imię. Ponieważ obydwaj nosimy jednakowe, w jej umyśle, a była już w agonii, moja osoba skojarzyła się jej z pańską. Może miała zresztą jakąś wizję? Może Bóg pozwolił jej ujrzeć pana klęczącego, jak w tej chwili? Nie wiem! Dość, że w jej oczach odbił się nadziemski spokój i szczęście. Przekazała mi wówczas dla pana znak miłości, który oddaję.

Powtórzyłem gest Marii i objąłem go ramieniem. Biedny człowiek płakał.

- Maria przez ręce księdza oddała swą duszę Bogu - powiedział po chwili. - Ja również chciałbym się z Nim pojednać.

Myślałem wtedy, że my, kapłani, jesteśmy niegodnymi narzędziami łaski. Tyle spraw boskich 1 ludzkich przechodzi przez nasze serca. A my? Szukałem porównania.

Podziemne przejścia, labirynty, kanały były w tej chwili jedynymi drogami ratunku dla ludzi skazanych na zagładę. Ewakuowano przez nie rannych, dostarczano broń i żywność, wycofywano wojsko i ludność. My także pełnimy rolę kanałów, którymi Bóg się posługuje, aby przekazywać światu łaskę. Oczywiście, że i my, kapłani, grzeszni i słabi jak wszyscy ludzie, bardzo jej potrzebujemy. A łaska? Podąża swymi drogami, albowiem „Duch tchnie, kędy chce", i działa w sytuacjach nawet tak nieoczekiwanych i trudnych jak ta, o której mówił kiedyś mój kolega, ks. prof. Eugeniusz Dąbrowski.

Zaraz po kapitulacji Warszawy został aresztowany i z wielu innymi osadzony na Pawiaku.

Któregoś dnia przechodzący obok niego strażnik więzienny szepnął:

- Pan prezydent Starzyński prosi o spowiedź.

- Dobrze — odpowiedział ksiądz - tylko kiedy i gdzie?

Cała sfora esesmanów węszyła nieustannie. W szczególniejszy sposób doprowadzał ich do szału kult Boży. Za najmniejsze jego przejawy znęcali się nad ludźmi, a nawet zabijali. Prezydenta zaś mieli pod ścisłą obserwacją. W tych warunkach jedynym możliwym miejscem spotkania mogła być... ubikacja.

- Przypominam sobie - opowiadał kolega - słowa Papiniego, który zastanawiając się dlaczego Pan Jezus narodził się w stajni, pisał: „Czyż świat nie jest olbrzymią stajnią, w której ludzie żrą i gnoją? Czyż rzeczy najpiękniejszych, najczystszych i najbardziej boskich wskutek jakiejś piekielnej alchemii nie zmieniają w nawóz? Po czym rozciągają się na stosie mierzwy i zowią to „używaniem życia".

I wówczas, kiedy kreśliłem nad pochyloną głową pana prezydenta znak rozgrzeszenia, byłem pewny, że potęga ludzi nienawidzących dobra musi się rozpaść, musi być strącona do piekła. Bo miłość i sprawiedliwość Boża dociera wszędzie - nawet do więziennych klatek, w które bezbożnicy chcieliby zamienić świat.

Teraz, patrząc na proces odradzania się narzeczonego Marii, myślałem, że choć „Errare humanum est", to jednak błąd, czy chwilowe zapomnienie nie stanowią jeszcze tragedii. Upadek w prawym sercu budzi wyrzut sumienia i zmusza do pokornego „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu". Prawdziwy grzech zaczyna się od zatracenia granicy między dobrem a złem, kiedy człowiek lubuje się w brudach życia. Od tego stanu pozostaje tylko krok od uznania zła za dobro, kłamstwa za prawdę, zbrodni za normę postępowania i w rezultacie do zaprzedania duszy diabłu. Ale zbawienia świata nie można zatrzymać, tak jak nie zatrzyma się biegu ziemi naokoło słońca. I szatan, choćby chwilowo zawładnął światem i opętał duszę ludzką, nie może zniszczyć dzieła Bożego. Łaska zwycięża grzech.

Spoglądam na swego nowego przyjaciela. Uspokoił się zupełnie. Nie mógł tylko oderwać oczu od krzyża zatkniętego w piasku. Wziąłem go pod rękę. Podniósł się posłusznie i poszedł za mną. Podzieliłem się z nim porcją chleba. Miałem trochę zdobycznego wina, którego butelkę przynieśli mi chłopcy ze sklepu Nur für Deutsche. Ale on nie chciał pić.

- Przysiągłem, że nie wezmę do ust alkoholu aż do śmierci.

- Niech pan nie mówi o śmierci - powtórzyłem jak echo niedawne słowa Marii. - Śmierć jest blisko nas i nie trzeba jej prowokować.

- Ale nas nie przeraża, prawda, księże kapelanie?

- Oczywiście! Tak być powinno.

Gdy odpoczął, rzekłem:

- Jeszcze nie koniec spraw Marii. Przekazałem panu jej skarb największy - miłość, ale mam jeszcze po niej pewną pamiątkę.

Spojrzał zaciekawiony.

Ze swych zawiniątek wydobyłem zielony sweterek.

- To dla pana! Robiony był na pańską miarę, choć ja go przez pewien czas nosiłem. Niech pan weźmie, to od niej.

Wzruszony uścisnął mi rękę.

Zatrzymałem go na noc w szpitalu. Rano, po spowiedzi przyjął Komunię św. Zginął, jak się później dowiedziałem, w walkach na Czerniakowie.

Właściwie żyją oboje, Stach i Maria. Żyją wszyscy: i ci, których chowaliśmy na chodnikach ulicy Świętokrzyskiej i innych miejscach walk, a także i ci, których nikt nie chował, bo ich ciała rozniosły wybuchy pocisków lub pożarł ogień.

Żyją, bo „mocniejsza od śmierci jest miłość".  

 


 

Przypisy:

[1] PASTa - gmach Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej przy ul. Zielnej w Warszawie.

[2] Mieczysław Ubysz w tomiku poezji „Czas wirujący", wydanym w Northeim w 1945 r., w wierszu „P.K.O." dedykował swój utwór „Niewiadomemu" (ks. Stefan Piotrowski), który swoją postawą zażegnał panikę, ratując wielu ludzi.

[3] Halina Okolska, córka dr Okolskiego, dyr Szpitala Dzieciątka Jezus, była lekarzem w powstańczym szpitalu w podziemiach PKO.

[4] „Kuba" - Konrad Okolski, jeden z bohaterskich żołnierzy Kedywu; nazwisko często powtarzające się w literaturze powstańczej.

[5] Patrz rozdział: Pani doktor Dembowska.

[6] Emilia Wieremiejczyk, ps. „Warta", sanitariuszka; wyniosła z płonącego szpitala PKO ciężko rannego powstańca, Wacława Adamczyka. Była w Stalagu 4 B w Zeitheim k. Lipska; odznaczona Krzyżem Armii Krajowej i Złotym Krzyżem Zasługi.


 

Ks. Stanisław Tworkowski ("Jacek") - Ostatni zrzut

Dodatkowe informacje