Ks. Stanisław Tworkowski – Sakramentki

 

Nad cmentarzyskiem Starego Miasta unosiła się jesienna, szara pustka. Ruiny wypalonych domów, wąskie korytarze odgruzowywanych ulic, przypominające rowy strzeleckie, wreszcie szczątki nieusuniętych jeszcze barykad, swym widokiem budziły uczucia przygnębienia i smutku.

— Moje pobojowisko - myśli Szymon, patrząc na miejsce, gdzie został ranny. Czyjeś koleżeńskie ręce wywlokły go spod barykady.

Przed jego oczyma, jak w filmie, przesuwa się dawna akcja. Walki o ulice, domy, piętra. Linia frontu zmieniała się nieustannie. Niekiedy dzieliło ich od Niemców podwórko lub szerokość ulicy. Gawędzili wtedy ze sobą. Zaczynało się od wzajemnych nawoływań do poddania, soczystych wyzwisk i „przyjacielskiej" wymiany strzałów. Jasiek „Grom" z jego plutonu załatwił w ten sposób dwóch swoich rozmówców. Liczbę zabitych szkopów chłopcy znaczyli kreskami na stenach. Byli dzielni i nic sobie nie robili z niebezpieczeństw i śmierci. Dziewczęta nie ustępowały im w odwadze i ofiarności. Szymon pamięta małą Sławkę Obarę o egzotycznym pseudo: „Selima". Ściągała dla nich papierosy i pożywienie, przynosiła naboje i granaty. Kiedyś to drobne i słabe stworzenie doczołgało się do leżącego na przedpolu kolegi. Nie można go było zabrać. „Selima" pod ogniem niemieckich cekaemów przywlokła rannego, a chłop był jak słoń.

Szymon porządkuje bieg wydarzeń. Walki o Ratusz, plac Zamkowy, Katedrę, Franciszkańską, Rybaki, o „Madryt"1 i „Pekin"2, wreszcie o sakramentki. Tutaj po raz pierwszy zetknął się z zakon¬nicami. Wychowany we Francji, religijnie był obojętny, ale bez uprzedzeń do wiary. Rodzice, emigranci z Polski, rozeszli się wkrótce po przyjeździe do Francji. Ojciec zawarł ślub cywilny z młodą Francuzką, a matka wyjechała z nowym mężem do Kanady. Szymon miał wtedy dziesięć lat. Nie zdawał sobie sprawy z rodzinnego dramatu. Ojciec umieścił go w bursie przy gimnazjum w Lille. Pamięć domu, w którym nie zaznał serca, powoli się w nim zatarła. Na rok przed wojną ojciec umarł. Pozostały po nim majątek dał Szymonowi możność utrzymania się i kształcenia.

W chwili napadu Niemców na Francję Szymon miał lat dwadzieścia. Przerwał studia i wstąpił do wojska. Walczył pod Altviller. Kapitulacja zastała go w Montigny-en-Ostrevent. W miejscowości tej była kolonia polska. Poznał tam Zofię Karczewską, nauczycielkę w miejscowej polskiej szkole, jedną z najbardziej aktywnych działaczek Resistance [3]. Pani Zofia przybyła tu przed kilkoma laty z Mińska Mazowieckiego i cieszyła się sympatią w środowisku emigranckim. Szymon przystąpił do organizacji. Wkrótce jednak został zatrzymany przez Niemców i wywieziony na roboty do Prus. W pobliżu granicy Generalgouvernement uciekł z pociągu. Szczęśliwie dobrnął do Warszawy i trafił do polskiego podziemia. Jego miła powierzchowność, kultura, a zwłaszcza to, że razem z Polakami tłukł szwabów (pod Altyiller walczyły również oddziały polskie), zjednały mu licznych przyjaciół.

Poznał wielu chłopców i dziewcząt z AK. Byli serdeczni, koleżeńscy i weseli. Zżył się z nimi. W Powstaniu walczyli wspólnie na Starówce. Z dnia na dzień ubywało kolegów. Szymon cierpiał nad tym. Głęboko też współczuł ludności cywilnej, która przeżywała niewypowiedziane udręki i przymierała głodem.

Kiedyś ujrzał wynędzniałą kobietę, siedzącą na gruzach przed kościołem sakramentek. Karmiła swoje maleństwo. Oddał jej swój chleb. Przyjęła z wdzięcznością. W krótkiej rozmowie opowiedziała mu, że jej mąż poległ w walkach o Ratusz. Syn, szesnastoletni Janek, jest w zgrupowaniu „Sosna". Bardzo się o niego niepokoi.

– Niech Matka Boska strzeże pana – powiedziała mu na pożegnanie.

Nie spotkał już tej kobiety. Może i ona spoczywa w straszliwym grobowcu kościoła sakramentek, gdzie tyle biednych matek ze swymi dziećmi znalazło śmierć.

Szymon patrzy na roboty przy odbudowie świątyni. Podnoszą się z ruin nowe mury. On jednak wciąż myśli o przeszłości.

Niemcy i własowcy atakowali gmach PKO na Brzozowej. Bronił go z chłopcami Nałęcza sierżant „Malarz". Poległ. Atak z trudem odparto. Szymon brał udział w akcji. Wracając poczuł silny ból w biodrze. Trafił go snajper. Ledwie dowlókł się do swoich. Pocisk padł tuż przed barykadą.

Gdy odzyskał przytomność, ujrzał nachyloną nad sobą młodą zakonnicę w białym habicie. Pomyślał, że jest już w innym świecie i jakaś nadziemska istota daje mu orzeźwiający napój. Ale w niebie powinno być widniej, gdy tutaj zaledwie parę świec rzuca skąpe światło na stłoczonych ludzi. Dotkliwy ból przywołał go do rzeczywistości. Leżał na ławie czy stole, a szczupły mężczyzna w białym kitlu opatrywał mu ranę. Szymon zaciskał zęby, żeby nie krzyczeć.

– Cierpliwości, zaraz przestanie — powiedziała zakonnica.

– Chwała Bogu, kręgosłup w porządku - dodał mężczyzna.

– Siostro Hilario, proszę oddać temu żołnierzowi wyjętą kulę, będzie miał pamiątkę.

Krótki pobyt w podziemnym szpitalu ss. sakramentek zaważył na całym życiu młodego człowieka. Postawa zakonnic budziła w nim szacunek. Opanowane, spokojne, pełniły ofiarnie swą służbę. Jedne zajmowały się chorymi i rannymi, pomagały lekarzowi, drugie, niezależnie od bombardowań, modliły się przed Najświętszym Sakramentem.

Stojąca na ołtarzu monstrancja przypomniała Szymonowi pewną procesję w Lille. Kapłan, w otoczeniu ministrantów i małych dziewczynek sypiących kwiaty, niósł podobną monstrancję. Tylko tam biły dzwony, rozlegał się chóralny śpiew, woń kadzidła mieszała się z zapachem kwiatów. Tutaj podziemia trzęsą się od huku armat, powietrze jest ciężkie i przesycone wonią lekarstw, zaropiałych bandaży i niemytych ciał, a zamiast śpiewu słychać narzekania, płacz dzieci i jęki rannych. Ale Hostia w monstrancji, i tam, i tutaj, wydaje się jednakowa.

Któregoś wieczoru, gdy strzelanina przycichła, Szymon poprosił siostrę Hilarię. Podeszła z życzliwym uśmiechem.

– Czy zmienić opatrunek?

– Nie! Chciałbym porozmawiać z siostrą o pewnych sprawach, które mnie niepokoją... Podziękować za opiekę, na którą nie zasługuję.

– Dlaczego?

– Bo jestem bezbożnikiem... Rzadko chodziłem do kościoła... Nie modliłem się. Zakonnica spojrzała na niego z powagą.

– Nie — odezwała się po chwili – pan jest dobrym człowiekiem, a ludzie dobrzy nie są bezbożnikami, choćby im się tak zdawało.

– Myli się siostra. Każdy mierzy innych własną miarą. Naprawdę jestem synem marnotrawnym, tylko że tamten wrócił do ojca, a ja...

– A pan nie potrzebuje wracać, bo jest z Ojcem.

– Skąd siostra wie?

– Widziałam, jak pan oddawał swój chleb głodnej kobiecie.

– Przecież to zwykła, ludzka uczynność.

– Nie wierzę w żadną uczynność czy humanitaryzm bez Boga. Natura jest zachłanna i szuka swego. Każdy ogląda się za własną korzyścią. Bezinteresowność jest rzadką cnotą. Tylko miłość daje, egoizm zawsze bierze. Ale prawdziwa Miłość - to Bóg. Kto potrafi dawać, jest bliski Boga.

– Tak naucza chrześcijaństwo — dodał Szymon. — To wspaniały system religijny.

– Nie — przerwała siostra — chrześcijaństwo nie jest systemem, filozofią czy nawet wyznaniem. Ktoś nazwał je „...nauką o sile Bożej wstępującej w życie i przenikającej życie". Dobrze. Ale ono jest więcej niż nauką, ono samo w sobie, przez tę właśnie siłę Bożą, łaskę, kształtuje nasze człowieczeństwo na obraz Boży, nadaje mu wartość godną jedynie człowieka. Oczywiście trzeba współpracować z łaską. I to właśnie „dorastanie do miary Bożej" jest głównym celem ludzkiego życia.

– Dorastanie do miary Bożej – powtórzył Szymon.

– Tak, człowiek zawsze wierzył, że ród swój od bogów wywodzi, i pokrewieństwo z Bogiem uważał za przywilej odróżniający go od zwierząt. Chrystus potwierdził nasz Boski rodowód i chce, abyśmy go nie utracili. Dlatego jest wśród nas i dzieli się z nami w Eucharystii swoją boskością. Niestety, nie wszyscy katolicy to rozumieją. Większość z nich uważa, że być chrześcijaninem, to pójść od czasu do czasu do kościoła, posłuchać ładnego kazania, zmówić pacierz. Życie ich natomiast idzie własną, nie Bożą, a często nawet i nie ludzką drogą.

Już przed wojną zauważono proces laicyzacji, rozkładający społeczeństwa chrześcijańskie. Materializm stał się nowym objawieniem, nową religią świata. Miernota i obojętność samych katolików sprawiły, że Ewangelia została wyłączona z życia ludów, zwłaszcza europejskich. Ludzie walczą do upadłego o chleb dla ciała, ale zaniedbali walkę o chleb ducha. Może jeszcze nasz naród pragnie być wierny Chrystusowi? Dlatego hitleryzm i pokrewne mu ideologie walczą z nami, z naszą wiarą i z naszą rzymsko-katolicką kulturą.

Umilkła. Do podziemi wtargnęło echo gwałtownej kanonady. Szymon wprawnym uchem rozpoznawał odległość i kierunek artyleryjskiej nawały.

– To zza Wisły – powiedział - od strony Pragi. Rosjanie idą.

* * *

Tej nocy Szymon zdrzemnął się dopiero nad ranem. Myślał o rozmowie z siostrą. Kanonada ucichła. Do podziemi dochodziły jedynie odgłosy ręcznej strzelaniny. Tłum zapadł w gorączkowy sen. Czasem tylko ktoś prosił przyciszonym głosem: – Siostro, wody. Proszę o kaczkę. Siostro, bandaż znów krwawi. Jakiś starszy ksiądz w stule i komży spowiadał rannego. Na monstrancję padał od świec żółtawy, migocący blask.

„Gdzie widziałem podobny obraz? – w półśnie myśli ranny żołnierz. – Tak, to było w Luwrze. Zatrzymał się przed wielkim płótnem średniowiecznego malarza. Golgota. Chrystus na krzyżu; Matka Bolesna; płaczące niewiasty; oficer rzymski z żołnierzami; przygnębieni uczniowie; w głębi tłum. Oddzielną grupę stanowili brodaci uczeni w Piśmie i faryzeusze. Cieszą się ze zwycięstwa. Ich znienawidzony wróg umiera na krzyżu.

Bardzo smutny obraz. Zaledwie nikły promyk słońca, przedzierający się przez skłębione, czarne chmury budził nieokreśloną nadzieję.

Podobnie wygląda nasza Golgota. Zbawiciel w monstrancji. Oddani Mu przyjaciele: księża, siostry, ranni, żołnierze i cierpiący, biedny lud. A gdzie są prześladowcy? Nie widać ich, ale są blisko. Otaczają nas żelaznym pierścieniem bandy esesmanów, własowców, Wehrmacht, kryminaliści Dirlewangera...".

* * *

Obudziły go bliskie detonacje. Niemcy chcą odebrać Podwale. Zmęczonymi oczami patrzy na ołtarz. Ksiądz odprawia Mszę św.

- Jezus jest wśród nas – Szymon powtarza słowa siostry Hilarii. Tylko dlaczego wybrał tak nie¬zwykły sposób kontaktu z człowiekiem? Dlaczego posłużył się chlebem? Nakarmił nim na puszczy zgłodniały tłum. Gdy szedł na śmierć, żegnając uczniów, również zostawił im Chleb.

„... U benit ce pain, le rompit et le donna a ses disciples en disant. Prenez et mangez -en tous. Car ceci est mon co r p s"

– przypomina sobie słowa konsekracji z mszalika, który podarował mu w Lille pewien kapłan.

Powoli zaczyna rozumieć tajemnicę Eucharystii. Przecież chleb jest niezbędny do życia. Jego brak zadecyduje - wszyscy o tym mówią po cichu — o upadku Starówki. Bez broni i bez chleba nie można wojować. Oni, akowcy, mogliby długo jeszcze walczyć, nawet gdyby alianci podpisali pokój ze szkodą dla ich Sprawy. Nie boją się wroga, tłuką go, choć jest silniejszy i ma pod dostatkiem broni. Ale czym zastąpić brak amunicji? Czym zaspokoić głód? Ludność też nie ma chleba.

Msza dobiega końca. Ksiądz udziela Komunii św. Szymon patrzy na komunikujących. Do ołtarza zbliżają się siostry, lżej ranni, mężczyźni, kobiety, dzieci. Klękają. Po chwili podnoszą się i odchodzą ze skrzyżowanymi rękami, jakby chcieli na zawsze zatrzymać w sobie Boga. Są z Nim w tej chwili spokrewnieni, jak to mówiła siostra. Nie słyszą nawet bombardowania, od którego drżą fundamenty kościoła. Otrzymali Chleb, który im daje siłę i nadzieję.

„Tylko dlaczego – myśli żołnierz – Chrystus, który wnosi tyle dobra w ludzkie życie, ma jednocześnie tylu zawziętych, fanatycznych wrogów?".

Szymon przypomniał sobie słyszany kiedyś opis męki Chrystusa. Prześladowcy nie dali Mu spokojnie umrzeć. Szydzili z Niego:

– Innych zbawiał, a siebie ocalić nie może... Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!

– Ale Jezus z krzyża nie zszedł i nie ocalił siebie. Miał inny plan. Zbawił świat.

„Czy teraz Jezus może nas ocalić?"

Szymon poczuł zimny dreszcz na myśl, że jedna lub dwie półtonówki mogą zawalić podziemia i z zebranych tu ludzi uczynić krwawą miazgę.

Zwrócił oczy w kierunku monstrancji. Przecież życie na ziemi nie jest wieczne.

Chrystus też umarł, ale zmartwychwstał. Wierzy w to cały świat chrześcijański, choć się nad tym nie zastanawia i z wiary tej nie wyprowadza należnych wniosków.

Szymon zaczął gorąco modlić się o wiarę.

* * *

Starówka była u kresu sił. Pomoc nie nadchodziła. Niemcy atakowali z coraz większą zajadłością. Żołnierze, ludność – ginęli. Szalał pożar.

Któregoś dnia na klasztor i przylegający do niego ogród spadły pociski zapalające. W podziemiach ludzi ogarnęła panika. Szymon instynktownie podniósł się z posłania.

- Nie trzeba się bać. Pan Jezus jest z nami – usłyszał głos siostry Hilarii.

Zawstydził się. – To nerwy – usprawiedliwiał się. – Siostra ma wielką wiarę i dlatego nie boi się śmierci. Ja również się jej nie lękam. Ale siostrze należy się Krzyż Walecznych za odwagę. Uśmiechnęła się smutno.

– Niech mnie pan nie chwali. Ja również boję się śmierci. Mało jest ludzi, którzy za przykładem św. Franciszka nazywaliby ją „siostrą". Niech pan przeczyta po wojnie, jeśli nas ta „siostra" oszczędzi, piękną książkę, „Kwiatki św. Franciszka", a w niej hymn „Pochwała stworzenia". Święty mówi tam 0 śmierci. Zapamiętałam tę strofkę:

Pochwalony bądź, Panie, przez siostrę naszą, śmierć cielesną, Której żaden człowiek ujść nie może. Biada tym, którzy konają w grzechach śmiertelnych. Błogosławieni, którzy znajdują się w Twej najświętszej woli, Bowiem śmierć wtóra zła im nie uczyni.

Widzi pan, jakie to proste, choć niełatwe: żyć zgodnie z „Najświętszą Wolą", to znaczy nie ulegać śmierci pierwszej, czyli nie grzeszyć. Wówczas i śmierć wtóra, ta biologiczna, nie jest straszna, niezależnie od tego, skąd i w jakiej przyjdzie do nas postaci. Wiedziały o tym dawne epoki. Sokrates nazywa śmierć przeprowadzką i radzi się modlić, aby ta „przeprowadzka na tamten świat wypadła szczęśliwie". Cóż, kiedy ludzie przestają wierzyć w niebo i na ziemi chcą sobie urządzić raj. Nic dziwnego, że truchleją na widok śmierci.

Szymon podziwiał inteligencję młodej dziewczyny i jej dojrzałość duchową. Dowiedział się, że w klasztorze jest od niedawna. Ma za sobą kilka lat medycyny i niewiele pozostało jej do końca studiów. Zauważył, że ma dobry wpływ na chorych i rannych, że potrafi ich uspokajać, budzić nadzieję 1 leczyć, choć nie było czym. Nie śmiał zapytać, dlaczego młoda i przystojna kobieta, mając przed sobą otwarty świat, zamknęła się za furtą klasztorną. Ciekawość, zresztą uzasadniona, wzięła górę.

– Wiem – mówił – że zorganizowane społeczeństwo musi mieć duchowych przewodników, wychowawców, kapłanów, którzy przypominają ludziom prawdy moralne, nawołują do doskonałości i sami dają jej przykład. Nie bardzo jednak rozumiem, jak można wypełniać to powołanie, pozostając za kratą w izolacji.

– To częsty, choć niesłuszny zarzut, jaki nas spotyka – odpowiedziała siostra. – Czyż kontemplacja jest biernym stanem życia? Nie! Ona jest niezbędna do jego aktywności. Czy może inżynier zbudować most bez kontemplacji, bez wejścia w wewnętrzny świat ducha? To tam powstaje cały plan konstrukcji: filary i przęsła to tylko uzewnętrznienie twórczej myśli. Przyczyn załamania się dzisiejszego świata – o czym już mówiliśmy – trzeba szukać również i w zaniku kontemplacji. Zabrakło nam pokornej myśli, z Ducha Świętego czerpiącej natchnienie do wszelkich poczynań.

A oto drugi powód naszej, jak wy nazywacie, ucieczki od świata. Może czytał pan książkę Huysmansa „En route" [4]? Proszę zapamiętać ten tytuł. Świetny, ale niewierzący pisarz odwiedza trapistów. Dziwi go ich surowy tryb życia, kontemplacja, posty, nocne adoracje, milczenie. Huysmans jest myślącym człowiekiem. Zastanawia się nad sobą. Porównując umartwione życie zakonników z własnym, rozwiązłym i grzesznym, nawraca się.

Życiem materialnym i duchowym rządzi prawo równowagi. Gdy sieje naruszy, następują katastrofy. Między niebem i ziemią Bóg ustanowił wielką wagę. Jedną szalę obciąża nasz grzeszny dorobek, nasze zło, drugą: dobro i miłość. Wyrzekając się świata, pragniemy współuczestniczyć w zbawczym dziele Chrystusa i do Jego zasług dorzucamy nasze małe ofiary i wyrzeczenia. Miłość i ofiara, to główne filary chrześcijaństwa. I to jest właśnie cel naszego powołania. Nie szkodzi ono nikomu, a na pewno służy dobru.

Siostrę wezwano do rannego żołnierza przyniesionego z Zakroczymskiej. Zrobiła mu opatrunek, uspokoiła, dała pić i wróciła do Szymona, aby skończyć rozmowę.

– Ludzie powierzchowni i zmaterializowani krytykują nas. Nic dziwnego. Nawet niektórzy uczniowie Zbawiciela mieli Magdalenie za złe, że wylała kosztowny olejek na stopy Mistrza. Trochę obłudnie, trochę wskutek niezrozumienia istoty rzeczy, żałowali „tak wielkiej straty". Według ich ciasnych pojęć można było za to kupić chleba dla biednych. Tym ludziom obcy był duch kontemplacji i dlatego też nie mogli zrozumieć, że właśnie „Maria obrała lepszą cząstkę, która jej nie będzie odebrana". Miłość chodzi dwiema drogami: kontemplacji i czynu. Jedno i drugie tworzy życie.

Mówią, że darmo zjadamy chleb. Nie zabraknie go nikomu, niech tylko ludzie pamiętają o najważniejszym przykazaniu: „Będziesz miłował Pana Boga swego, a bliźniego twego, jak siebie samego". My również w chwilach wolnych od modlitwy zarabiamy na chleb pracą własnych rąk – zresztą jest to również modlitwa. Chlebem tym nie tylko same się żywimy. Oto i teraz, w tych naprawdę ciężkich chwilach, otworzyłyśmy nasz dom i dzielimy się z wojskiem, rannymi i całą tą biedotą, wszystkim co posiadamy.

Potężny podmuch znów wstrząsnął podziemiem. Bombowce!

– Niech pan zostanie z Bogiem. Będę się za pana modliła. Może spotkamy się w innych, lepszych warunkach.

Po tej rozmowie Szymon nie widział więcej siostry. Wieczorem tego samego dnia opuścił klasztor. Był słaby i rany nie zagoiły się jeszcze, ale nie chciał być dłużej bezczynny. Z jego plutonu zostało zaledwie kilku chłopców. Rzucił się w wir walki, choć nie na długo. Przyszło najgorsze. Starówka padła, a on sam w czasie walk o ulicę Świętokrzyską został jeszcze raz ranny. Ale i tym razem ocalał.

* * *

Szymonowi wydaje się, że od tamtych chwil minęło wiele lat. Po kapitulacji poszedł do niewoli. Był w stalagu pod Oberlangen, skąd po kilku tygodniach uciekł do Holandii i ukrywał się w Bredzie. Przeżył radosne chwile, kiedy miasto zdobywały pułki pancernej dywizji gen. Maczka. Brał udział w walkach. Potem wrócił do Francji, gdzie uporządkował swoje majątkowe sprawy, ukończył studia i otrzymał dyplom. W międzyczasie odwiedził Montigny. Pani Zofia przyjęła go serdecznie, ale ze smutkiem. Nie cieszyła się ze zwycięstwa nad Niemcami. Wiedziała o dramacie powstańczej Warszawy, o rozpaczliwej i beznadziejnej walce, która kosztowała życie setek tysięcy Polaków: kwiat bohaterskiej młodzieży. Słyszała o zniszczeniu bezcennych skarbów narodowej kultury. Szymon potwierdził tragiczną prawdę. Dzielili się wrażeniami, opowiadali o swych dziejach. Szymon nie wiedział, że mąż pani Zofii, oficer lotnik, w przededniu wojny z Niemcami pojechał do Polski i wstąpił jako ochotnik do wojska. Po klęsce wrześniowej przedostał się do Francji i walczył w dywizji gen. Prugar-Ketlinga. Potem był internowany w Szwajcarii. Żona walczyła dalej. Jej Carte de combatante volontaire de la Resistance, wystawiona na pseudonim „Wanda", świadczyła o dobrze wypełnionym żołnierskim obowiązku.

– Polacy - opowiadała — odegrali we francuskim Ruchu Oporu niezwykle ważną rolę, głównie w dziedzinie wywiadu. Walczyli, choć w odmienny sposób, jak i nasi lotnicy w czasie sławnej Battle of Britain. Szkoda, że Churchill mówiąc o „niewielu, którym tak wielu zawdzięczało tak wiele" nie zaznaczył, że spośród tych „niewielu" — nie pomniejszając zasług angielskich lotników – Polacy złożyli procentowo najwyższą daninę krwi.

Co robił wywiad?

Hitler do ostatniej chwili okłamywał swój naród obietnicą tajemniczej broni, która miała znieść Anglię z powierzchni globu. Ta broń, bomby o napędzie rakietowym, wyrządziła Anglikom znaczne szkody, a mogły być one jeszcze większe, gdyby nie Polacy. To więźniowie, polscy robotnicy, przekazali Anglikom wiadomość o fabryce rakiet w Peenemtinde na wyspie Uznam, sławny zaś polski konstruktor lotniczy, inż. Antoni Kocjan, przesłał z kraju do Anglii dokumentację rakiet. Nalot angielskich bombowców zlikwidował fabrykę. Niemcy przenieśli się wówczas do Nordhausen i tam, w górach Grazu, kosztem życia tysięcy więźniów, głównie Polaków, produkowali V-l i jej odmiany. Sytuacja była poważna. Jak grzyby po deszczu, powstawały wyrzutnie tej niebezpiecznej i trudnej do zwalczania broni. Ale Polacy czuwali.

- Znałam osobiście - opowiadała pani Zofia - jednego z najwspanialszych żołnierzy naszego wywiadu kapitana Ważnego. Cichy, niepozorny człowiek, o groźnym pseudonimie „Tygrys", powinien wejść do historii Anglii, choć walczył za Polskę i dla Polski. Ważny wykrywał wyrzutnie. Miał ich na swoim koncie przeszło sześćdziesiąt, na ogólną liczbę wykrytych stu sześćdziesięciu dwóch. Dzięki Polakom tajemnicę rozszyfrowano, a wyrzutnie niszczono z takim rozmachem, że produkcja bomb przestała się opłacać. „Tygrys" zginął. To było moje najboleśniejsze przeżycie w tej - dla Francuzów - drole de guerre, a dla nas rozpaczliwej walce na śmierć i życie. Stało się to w Montigny, w sierpniu 1944 r. Ważny miał się spotkać ze swym łącznikiem. W mieście było cicho i nikt nie przeczuwał, że Gestapo śledzi „Tygrysa". Ujęli go. Wyrwał się im i uciekając strzelał. Raniony, walczył do ostatka i nie dał się wziąć żywym.

Razem z panią Zofią i jej mężem Szymon poszedł na grób kapitana „Tygrysa". Modlili się za poległych i za Polskę.

* * *

Młodego człowieka ogarniała jednak coraz większa nostalgia za nowo odkrytą Ojczyzną. Wrócił. Po przyjeździe do Warszawy poszedł na Nowe Miasto. Doszczętnie zburzona stolica dźwigała się z gruzów.

Teraz, czekając w parlatorium na siostrę Mistrzynię, rozglądał się po odnowionej celi, patrzył na jej gotyckie sklepienia, na małe zakratowane okna. Na widok ciężkich, kutych w żelazie krat klauzury ogarnęło go wzruszenie. Te same... Oparły się zniszczeniu. To one, zawsze zamknięte, otworzyły się wówczas przed nim, aby mu pomóc w odnalezieniu Boga.

Znał dzieje klasztoru i kościoła. Fundacja królowej Marysieńki, wotum za zwycięstwo jej męża pod Wiedniem, była pomnikiem wielkości dawnej Polski. Znał list bohaterskiego króla, przesłany żonie po bitwie:

Jedyna Duszy y Serca pociecho,
Najślicznieysza, Nayukochańsza Marysieńko.
Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony,
dał zwycięstwo y sławę narodowi naszemu,
o jakiey wieki przeszłe nigdy nie słyszały...

W tym to klasztorze-pomniku, pomyślanym jako mauzoleum Sobieskich, od trzech stuleci gromadziły się panny z najprzedniejszych rodów, i adorując dzień i noc Najświętszy Sakrament modliły się o łaski potrzebne Ojczyźnie.

Teraz mauzoleum zmieniło się w grobowiec. Prochy królewskie zmieszały się z prochami kapłanów, zakonnic, ludu i żołnierzy. Ale wotum trwa nadal. Do uszu młodego człowieka dochodzą chóralne głosy adorujących.

Jego rozmyślania przerwało wejście siostry Mistrzyni [5]. Stała odgrodzona od niego kratą, ale bliska i serdeczna jak dawniej.

– Bardzo się cieszę, że pan żyje. Modliłam się za pana i za jego kolegów, naszych drogich żołnierzy. O siostrach pan wie? Zginęły.

– A siostra Hilaria?

– W niebie.

Szymon opanował się całym wysiłkiem woli.

– Tak – odezwał się po chwili. — Siostry patrzą innymi oczyma na świat. Dzisiaj i ja inaczej myślę. Żal mi jednak tych istot dobrych i pięknych... Żal mi siostry Hilarii. Tyle jej zawdzięczam.

Spojrzał na Mistrzynię. Spokojna twarz zakonnicy zachęcała do zwierzeń.

– Proszę siostry, może niepotrzebnie to mówię, ale niech siostra mnie zechce zrozumieć... Jestem zupełnie samotny. Los pozbawił mnie domu i rodziców. Nie miałem rodzeństwa. W organizacji zaprzyjaźniłem się z kilkoma kolegami. Polegli. Tutaj, w tych podziemiach, poznałem... odnalazłem siostrę. Tylko siostrę, i byłbym szczęśliwy, gdyby żyła. Gdybym mógł ją ujrzeć za kratą i powiedzieć jedynie: „Moja siostro"!

Milczeli oboje.

– Siostra Hilaria żyje – odezwała się po pewnym czasie Mistrzyni. – Wszystkie tamte żyją. Pańscy koledzy również żyją. „Wody mnogie nie mogły ugasić miłości... bo mocniejsza jest ponad śmierć". Siostry złożyły ofiarę w imię miłości, dla niej ginęli również chłopcy i dziewczęta, powstańcy. Tak, oni żyją. Niech pan się nie smuci. Żyją!

Blask zachodzącego słońca wypełnił światłem wnętrze rozmównicy. Mistrzyni nowicjuszek opowiadała dzieje ostatnich chwil sióstr sakramentek i ich ofiary.

– Jak panu wiadomo, losy naszego klasztoru od początku powstania łączyły się z akcją wojskową. Matka przełożona pozwoliła schronić się w piwnicach i podziemiach klasztornych bezdomnej ludności z Rybaków i Woli. Kierowana duchem patriotyzmu, na prośbę dowództwa poleciła otworzyć bramy klauzury, co w dziejach klasztoru było wydarzeniem od dwustu pięćdziesięciu lat. Założono tu szpital polowy. Decyzja przełożonej ułatwiła również połączenia między dzielnicą Rybaki i rynkiem Nowego Miasta. Klasztornymi korytarzami i krużgankami przebiegali łącznicy i przez ogrody docierali do Wisły. Spostrzegli to Niemcy i zaczęli nas ostrzeliwać. Siostry z nadzwyczajną odwagą czuwały na dachach i strychach, i nie zważając na niebezpieczeństwo gasiły powstające pożary. Ogromnych spustoszeń dokonywały pociski o wielkiej sile wybuchowej.

- Szafy - wtrącił Szymon.

- Zarządzono ewakuację i ranni wraz z częścią sióstr przenieśli się do kościoła przy ul. Freta, ale gdy po kilku dniach Niemcy zbombardowali i ten kościół, siostry wróciły. Nasza świątynia i klasztor były już całkowicie zburzone. Pozostały tylko podziemia. Tymczasem Niemcy usadowili się obok w zdobytym kościele Panny Maryi.

Dzień i noc, jak zwykle, trwała adoracja. Pan Jezus był jedynym naszym ratunkiem. W dalszym ciągu pomagałyśmy żołnierzom i ludności, zrozpaczonej i głodnej. Niemcy nie dawali nam spokoju. W chwilach nalotów głośną modlitwą starałyśmy się zagłuszać hałas piekła, które szalało nad nami.

Nie wiem, jakie pobudki kierowały Niemcami. Może obawa przed odpowiedzialnością, może demonstracja rzekomego humanitaryzmu? W każdym razie wezwali nas do wyjścia z podziemi, grożąc ich zburzeniem. Sytuacja była beznadziejna. Nikt się już nie łudził. W piwnicach mieliśmy pełno rannych, których ratował bohaterski doktor „Morwa" [6]. Po otrzymaniu ultimatum natychmiast nawiązałyśmy kontakt z powstańcami. Kto dowodził wówczas i kto wydał rozkaz, abyśmy pozostały, nie wiem. Polecenie to jednak przyjęłyśmy jako wolę Bożą, konieczność ofiary z życia, nic bowiem innego prócz śmierci nie mogło nas tam spotkać.

- A ludność cywilna i ranni? — zapytał Szymon.

- Wiedzieli o ultimatum. Niektórzy opuścili podziemia i, o ile wiem, uratowali się.

- Nie wolno było ludzi gubić. To był niepoczytalny rozkaz.

- Nie wiem. Wydaje mi się, że walczących ogarnął dziwny szał. Może nie było innego wyjścia? Niemcy przecież mordowali rannych. Cóż zresztą znaczyło życie ludzkie? Panował jedynie żywioł wojny. Zostałyśmy. Ultimatum, przekazane nam w czwartek 31 sierpnia, wyznaczało godzinę czwartą po południu jako ostateczny termin opuszczenia podziemi. Potem miało nastąpić ich zbombardowanie.

Zbliżał się koniec.

W podziemiach duszno. Było tam blisko tysiąc osób, w tym większość rannych i chorych. Przeważały kobiety i dzieci. Naszych sióstr było trzydzieści osiem, oraz czterech księży, którzy do ostatniej chwili spowiadali i udzielali Komunii Św., usiłując podtrzymać ludzi na duchu.

W przeczuciu ostatniej godziny, naglone wewnętrznym nakazem, świadome ważności spełnianego aktu, jedna za drugą, wobec Chrystusa utajonego w Hostii Najświętszej, oddawałyśmy siebie Boskiej Sprawiedliwości jako dar zadośćuczyniający i wynagradzający, z prośbą, aby nasza ofiara wyjednała miłosierdzie dla umęczonej Polski.

Coraz potężniejszy huk motorów docierał do podziemi. Spojrzałam na siostry: były zapatrzone w Najświętszy Sakrament. Odmawiałyśmy głośno modlitwę:

Strzeż nas, Panie, jak źrenicę oka,
pod cieniem skrzydeł Twoich zachowaj nas.

Samoloty są już nad nami. Posępny grzmot wypełnia wnętrze podziemi i szarpie nerwy na wpół przytomnych ludzi.

Uciekać! Uciekać! Ale gdzie?

Słychać spazmatyczny płacz jakiejś kobiety. I oto cały schron wypełnia łkanie. Ale znów ponad huk i płacz wznoszą się słowa modlitwy:

Prosimy Cię, Panie, nawiedź ten dom i oddał od niego
wroga, który czyha na jego zagładę. Niech zamieszkają
w nim Twoi święci aniołowie i strzegą nas w pokoju,
a błogosławieństwo Twoje niech zawsze będzie z nami.

Warkot silników cichnie. Czyżby samoloty odleciały?

Jeszcze ostatnia antyfona:

Salve Regina, Mater misericordiae...
Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie,
słodkości, nadziejo nasza, witaj...

Na dno czeluści grobowych, w otchłań rozpaczy i bólu, zstąp, Matko, i ratuj nas, nadziejo nasza.

Zwróć ku nam swoje miłosierne oczy,
A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twego,
Po tym wygnaniu nam okaż.
O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo.

Nadal trwała przerażająca cisza. I ostatnie:

Amen. Consummatum est. Dokonało się [7].

Pamiętam, podziemie zadrżało. Stałam wówczas w małej wnęce obok leżącej, chorej siostry. W ułamku sekundy ujrzałam walące się sklepienie i usłyszałam głos: – Spokojnie, to tylko jeden filar się załamał. – Dalej już nic nie pamiętam.

Siostra umilkła. W jej oczach odbijało się wspomnienie tamtych chwil, tak strasznych w swej grozie i tak wymownych mocą wiary.

– A później — kończyła siostra – odzyskałam przytomność. Nade mną, wysoko w murze, było małe okienko. Wzywałam ratunku. Usłyszano mnie. Niemcy, widocznie przestraszeni zbrodnią, na razie nie przeszkadzali w odkopywaniu gruzów. Zatrzymali tylko jedną z sióstr jako zakładniczkę. Mnie wydobyto, ale czy można było, w tak krótkim czasie dotrzeć do tylu zasypanych? Prawdopodobnie nikt tam już nie żył.

Wokoło w dalszym ciągu szalała pożoga i trwała walka, a właściwie dobijanie rannych. Rozstrzeliwano obrońców, znęcano się nad ludnością, poniewierano kobiety.

Siostry złożyły swą ofiarę. Ja pozostałam...

* * *

Wśród ludności Starego Miasta krążyło opowiadanie, że w chwili zawalenia podziemi kościoła, z dymiących gruzów wzniosło się stadko białych gołębi. Może to czyste i ofiarne dusze sióstr sakramentek, jak niegdyś dusza Scholastyki, siostry św. Benedykta, wędrowały z ziemskiego padołu do nieba?

Mówiono również, że pod zawalonym kościołem trwa nieustająca adoracja. Zbierali się na nią polegli żołnierze i mieszkańcy Starówki. Księża, którzy tam zginęli, wydobywali z rumowiska monstrancję. Blask Hostii Świętej rozjaśniał mrok podziemia. Chrystusa Eucharystycznego otaczał chór sióstr sakramentek [8]. Radosne i szczęśliwe, adorowały Pana.

Szymon szedł ulicą Freta. Zatrzymał się przed rozbitym frontonem kościoła św. Jacka. W podziemiach był ich powstańczy szpital. Jeszcze teraz czuł woń stęchlizny, lekarstw i bandaży. Wszedł do kruchty. W mroku dostrzegł zwęgloną częściowo figurę Matki Boskiej. Ból widoczny na Jej nadpalonej twarzy spowodował, że Szymonowi napłynęły do oczu łzy. - Gdzie byłeś, święty Jacku, żeś nie ratował swej Pani? - Zajrzał do wnętrza niedawno jeszcze pięknej i oryginalnej pod względem architektonicznym świątyni. Pozostały z niej tylko podziurawione przez pociski i wypalone ściany. Nad prezbiterium o zdruzgotanym i zapadniętym sklepieniu wisiało zachmurzone niebo. Padał deszcz. Szmer ściekającej z niewidzialnych rynien wody oraz dźwięk kropel uderzających w poszarpane blachy i potłuczone szkło, układały się w jakąś monotonną melodię, która nasunęła młodemu człowiekowi wspomnienie płaczu kobiet Starówki.

Wybiegł z kościoła. Minął ruiny Barbakanu i Rynek. Za dnia wrzała tutaj gorączkowa praca, ale teraz było pusto i głucho. Teren oświetlały żarówki wiszące na zrębach świeżo wznoszonych murów.

Świętojańską doszedł do ruin Katedry. Przez długi czas była kluczowym punktem oporu. Niemcy wdzierali się głównym wejściem i od Zamku; ich ataki odrzucano z kaplicy Baryczków i z chóru nad zakrystią.

Przeminęło...

Stał na Placu Zamkowym. Zimny wiatr gnał od Wisły nabrzmiałe ulewą chmury. Było ciemno i ponuro, tylko wybrzeże praskie dawało znak życia blaskiem nie zaciemnianych już okien. Ich światło odbijało się w rzece długim szeregiem drgających kolumn. „Jak gromnice przy trumnie", pomyślał i nagle ogarnęło go uczucie bezbrzeżnego smutku. Poczuł w sercu dotkliwy ból, silniejszy od tego, jaki mu sprawiła niegdyś kula snajpera, ból po stracie czegoś, co było dlań najdroższe, a co minęło bezpowrotnie.

Poszedł przed siebie. Z półmroku wyłonił się jedyny, cudownie ocalały w tej krainie śmierci znak życia: figura Matki Boskiej Zwycięskiej.  


 

Przypisy:

[1] i, 2 „Madryt" i „Pekin", tak w języku potocznym nazywano dwie stojące nad Wisłą, przy autostradzie gdańskiej, kamienice.

[3] Francuski Ruch Oporu.

[4] Joris Karl Huysmans (1848-1907), znakomity pisarz francuski; przebył drogę od niewiary i materializmu do chrześcijaństwa i głębokiego wewnętrznego życia. Swe nawrócenie opisuje w książ¬ce „En route" („W drodze"), kilkakrotnie wydanej w przekładzie polskim.

[5] Celestyna Wielowieyska, późniejsza przełożona ss. sakramentek.

6 Dr „Morwa" - dr Tadeusz Podgórski, jeden z bohaterskich lekarzy powstańczych. Pisze o nim, jak również o sakramentkach, St. Podlewski w „Przemarszu przez piekło", wyd. PAX, Warszawa 1971, ss". 219-226 i 589-592.

[7] Dokonana ofiara, z przeżyć ss. sakramentek w Warszawie (Powstanie 1944 r.), wyd. Drukarnia Loretańska, Warszawa 1948. Relacja o zburzeniu kościoła i zagładzie ss. sakramentek.

[8] Polegli księża: prof. Józef Archutowski, Michał Rozwadowski, Leon Hrynaszkiewicz T. J., i Jan Mazerski, salezjanin, oraz siostry: Barejka Gertruda, Borkem Antonina, Karcz Joachima, Karczewska Róża, Kowalska Anna, Kiliariska Benedykta, Koperska Tomea, Kraków Hilaria, Marczuk Bernarda, Miętkowska Cecylia, Matuszczak Anzelma, Narkówna Elżbieta, Olędzka Józefa, Piotrowska Kazimiera, Pogonowska Władysława, Przemyska Stanisława, Puchalanka Jadwiga, Przykopek Janina, Rudnic¬ka Klemensa, Rojewska Ignacja, Schmitz Magdalena, Szkiłondz Modesta, Słowacja Andrzeja, Siwków-na Barbara, Sumińska Kolumba, Tomaszewska Teresa, Tryc Alojza, Turakówna Czesława, Tokarska Agnieszka, Załuska Innocenta, Zdrojewska Klara, Żelazek Małgorzata.  


 


Źródło: Stanisław Tworkowski, Ostatni zrzut. Opowiadania i nowele
Wydawnictwo "Michalineum", Marki – Struga k. Warszawy – 1984
(I wydanie – Katolicki Ośrodek Wydawniczy "Veritas" w Londynie.

 

******************

 

Dodatkowe informacje